To nie jest tańszy kot. To jest rachunek, który zawsze płaci zwierzę

Sep 04, 2026By Martyna Siatkowska

MS

To nie jest tańszy kot. To jest rachunek, który zawsze płaci zwierzę

  Długo zbierałam się do napisania tego tekstu. Nie dlatego, że nie wiedziałam, co powiedzieć. Wręcz przeciwnie - dlatego, że za każdym razem, kiedy trafiałam na kolejną historię kotów odebranych z brudu, zwierząt rozmnażanych bez opamiętania albo kociąt porzuconych jak niepotrzebne rzeczy, miałam do powiedzenia tak dużo, że trudno było mi zebrać tę złość w jeden sensowny ciąg zdań. Punktem, w którym coś we mnie naprawdę pękło, była ostatnia interwencja w Szczecinie. Dwadzieścia osiem kotów rasy maine coon w mieszkaniu w pobliżu Lasu Arkońskiego. Zagracone pomieszczenia, niewyobrażalny odór, kuwety niemal pozbawione żwirku, a w jednej z nich widoczna krew. Zdjęcia opublikowane przez szczeciński oddział Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami nie pozostawiały wiele miejsca na uruchamianie wyobraźni. Nie trzeba było niczego dopowiadać. Wystarczyło patrzeć. Jedno ze zwierząt zmarło podczas transportu do lecznicy. A jednak pozostałych kotów nie odebrano od razu. Jak relacjonował szczeciński TOZ, właścicielka dostała czas na poprawę warunków.

  I właśnie wtedy pomyślałam: jak bardzo źle musi jeszcze być? Ile brudu potrzeba? Ile krwi? Jak silny musi być odór? Jak chore musi być zwierzę? Ile kotów musi cierpieć albo umrzeć, żebyśmy przestali rozmawiać o „poprawianiu warunków”, a zaczęli natychmiast ratować żywe stworzenia?

  Ten tekst nie będzie delikatny, bo ten problem nie jest delikatny. Nie da się miękkimi słowami opisać zwierząt rozmnażanych ponad siły, zamykanych w ciasnych pomieszczeniach, żyjących we własnych odchodach, pozbawionych leczenia, socjalizacji i zwyczajnego poczucia bezpieczeństwa. Nie da się mówić spokojnie o kotkach traktowanych jak maszyny do produkowania miotów ani o kocurach, których całe życie potrafi ograniczać się do samotnego zamknięcia i kolejnych kryć. I nie, kot z pseudohodowli nie jest „tańszą wersją kota rasowego”. Nie jest okazją. Nie jest rozsądnym kompromisem. Kupując go, nie płacisz mniej za to samo. Płacisz człowiekowi, którego działalności często nie potrafisz w żaden sposób zweryfikować. Płacisz za następne krycie, następną ciążę i następny miot. A rachunek za tę pozorną oszczędność prędzej czy później zapłaci zwierzę.

Hodowla, pseudohodowla i hodowla zarejestrowana gdziekolwiek

  Jedno z najczęściej powtarzanych zdań brzmi: „Ale przecież ta hodowla jest zarejestrowana”.

Dobrze. Tylko gdzie?

  Samo słowo „zarejestrowana” nie jest magiczną pieczątką, która gwarantuje uczciwość, wiedzę hodowcy, zdrowie kotów, właściwe warunki albo rzetelnie udokumentowane pochodzenie. Rejestracja nie zawsze oznacza, że nad hodowcą stoi organizacja należąca do uznanego międzynarodowego systemu felinologicznego, że istnieje rzeczywista kontrola, że obowiązują sensowne standardy i że za łamanie zasad grożą realne konsekwencje. Możesz mieć do czynienia z hodowlą należącą do klubu zrzeszonego w dużej federacji, takiej jak FIFe, WCF, TICA czy CFA. Możesz też trafić na hodowlę zapisaną do niewielkiej organizacji, która nie należy do żadnej uznanej międzynarodowej federacji, sama tworzy swój regulamin i sama wystawia dokumenty swoim członkom.
  Na pierwszy rzut oka obie mogą posługiwać się podobnymi hasłami. Obie mogą mówić o rejestracji, rodowodach, certyfikatach i rasowych rodzicach. Obie mogą mieć piękne logo, pieczątkę, profil w mediach społecznościowych i stronę pełną zdjęć puchatych kociąt. Różnica pojawia się dopiero wtedy, kiedy zaczynasz sprawdzać, co naprawdę stoi za tymi słowami.

  Czy istnieje uznana księga rodowodowa? Czy można niezależnie zweryfikować organizację i przydomek hodowlany? Czy rodowód będzie uznawany przez inne poważne organizacje? Jakie zasady obowiązują hodowcę? Kto sprawdza ich przestrzeganie? Czy istnieje procedura zgłaszania nieprawidłowości? Czy hodowca może ponieść konsekwencje? Czy klub należy do większej, międzynarodowej struktury, czy jest organizacją istniejącą głównie po to, aby jego członkowie mogli legalnie rozmnażać i sprzedawać zwierzęta?

  Przynależność do uznanej federacji nie daje stuprocentowej gwarancji, że konkretny hodowca jest dobrym człowiekiem. Żaden dokument nie potrafi zajrzeć komuś do sumienia. Zdarzają się nieprawidłowości także w hodowlach działających pod dużymi federacjami i nie wolno tego przemilczać. Różnica polega jednak na tym, że istnieją zewnętrzne regulaminy, księgi, wymogi rejestracyjne oraz struktury, do których można zgłosić naruszenie. Dlatego nie pytaj tylko, czy hodowla jest zarejestrowana. Zapytaj, gdzie jest zarejestrowana. Potem sprawdź odpowiedź. Nie na profilu sprzedającego. Nie na przesłanym przez niego obrazku. Sprawdź ją bezpośrednio w organizacji i federacji, na które się powołuje.

Prawo, przez które papier stał się zasłoną dymną

  Problem nie wziął się znikąd. Ogromną rolę odgrywa sposób, w jaki skonstruowano polskie przepisy.

  Artykuł 10a ustęp 2 ustawy z 21 sierpnia 1997 roku o ochronie zwierząt zabrania rozmnażania psów i kotów w celach handlowych. Brzmi konkretnie. Tyle że zaraz potem pojawia się wyjątek.

  Zgodnie z artykułem 10a ustęp 6 ten zakaz nie dotyczy hodowli zwierząt zarejestrowanych w ogólnokrajowych organizacjach społecznych, których statutowym celem jest działalność związana z hodowlą rasowych psów i kotów.

I właśnie tutaj zaczyna się problem.

  Ustawa nie podaje zamkniętej listy uznanych organizacji. Nie mówi, że stowarzyszenie musi należeć do konkretnej międzynarodowej federacji felinologicznej. Nie wprowadza jednego państwowego systemu potwierdzania pochodzenia rasowych kotów. W praktyce wystarczy więc stworzyć organizację o odpowiednio zapisanym celu statutowym i zarejestrować w niej hodowlę, aby działalność zyskała pozory legalności.
Pozory, ponieważ zgodność z formalnym wyjątkiem ustawowym nie daje odpowiedzi na najważniejsze pytania. Nie mówi, czy koty są zdrowe. Nie mówi, czy przodkowie naprawdę są znani. Nie mówi, czy zwierzęta mają wykonane właściwe badania. Nie mówi, jak często rodzą kotki, w jakich warunkach żyją kocury ani co dzieje się z niesprzedanymi kociętami. Nie mówi nawet, czy ktokolwiek poza samym hodowcą naprawdę kontroluje tę działalność.

  Ustawa zawiera także artykuł 10b ustęp 1 punkt 2, który zabrania nabywania psów i kotów poza miejscem ich chowu lub hodowli. To oznacza, że propozycja przekazania kociaka na parkingu, stacji benzynowej, przy drodze czy w połowie trasy nie jest wyłącznie niewinną uprzejmością sprzedającego. Powinna natychmiast uruchomić twoją czujność. Masz zobaczyć miejsce, w którym zwierzę żyło. Masz zobaczyć jego matkę. Masz zobaczyć warunki, których nie pokaże starannie wykadrowane zdjęcie. Legalność nie jest synonimem etyki. Pieczątka nie jest dowodem dobrostanu. A papier wystawiony przez przypadkową organizację nie staje się wartościowym rodowodem tylko dlatego, że wydrukowano go na grubszym papierze i ozdobiono kolorowym znaczkiem.

„Przecież ma rodowód”. Tylko co właściwie dokumentuje ten rodowód?

  Rodowód nie jest dyplomem urody kota. Nie jest dokumentem stwierdzającym, że kot ma wystarczająco puchaty ogon, duże uszy albo kolor podobny do zdjęcia znalezionego w internecie. Nie służy też do tego, żeby opiekun mógł pochwalić się przed znajomymi, że jego zwierzę jest bardziej prestiżowe.

Rodowód jest zapisem pochodzenia.

  Powinien pozwalać prześledzić, kim byli rodzice kota, jego dziadkowie, pradziadkowie i kolejne pokolenia. Powinien zawierać informacje pozwalające zidentyfikować zwierzęta, ich numery rejestracyjne, rasy, odmiany barwne i organizacje prowadzące księgi. Dzięki temu hodowca nie łączy kotów na podstawie tego, że oba są ładne i przypominają przedstawicieli tej samej rasy. Może analizować pokrewieństwo, choroby pojawiające się w linii i konsekwencje planowanego skojarzenia.

  Aktualny Regulamin Hodowli i Rejestracji FIFe definiuje rodowód jako fragment księgi odnoszący się do kota i jego przodków. Dokument obejmuje kota oraz cztery wcześniejsze pokolenia. W praktyce w rozbudowanych bazach i dokumentacji dobrych hodowli można prześledzić pięć, a czasami znacznie więcej pokoleń. Najważniejsze nie jest więc licytowanie się, czy na wydruku znajdują się cztery, pięć czy jeszcze więcej kolumn. Najważniejsze jest to, czy informacje są prawdziwe, możliwe do zweryfikowania i pochodzą z rzetelnie prowadzonej księgi.
  Brak wiedzy o pochodzeniu nie jest drobnym niedopatrzeniem. Jeżeli nie wiadomo, kim byli przodkowie, nie da się odpowiedzialnie ocenić stopnia pokrewieństwa. Nie da się prześledzić chorób pojawiających się w linii. Nie da się potwierdzić, czy sprzedawany kot rzeczywiście jest przedstawicielem deklarowanej rasy.

  Zdanie „rodzice są rasowi, tylko nie mają papierów” nie rozwiązuje tego problemu. Ono jest jego streszczeniem.

  Skoro nie ma wiarygodnego udokumentowania pochodzenia, skąd wiadomo, że rodzice są rasowi? Bo tak wyglądają? Kot może przypominać maine coona, persa, ragdolla czy kota brytyjskiego, ale podobieństwo nie jest rodowodem. Fenotyp, czyli widoczne cechy zwierzęcia, nie opowiada całej historii jego genów, pokrewieństwa i obciążeń zdrowotnych. Rodowód nie jest po to, żeby kot był „bardziej rasowy”. Jest po to, żeby jego pochodzenie nie było tajemnicą. Jest zapisem odpowiedzialności człowieka za to, jakie zwierzęta ze sobą połączył.

Rodowód to jedno. Badania to coś zupełnie innego

  Nawet najlepszy rodowód nie zastępuje badań. To dwa elementy tej samej odpowiedzialności, ale nie wolno ich ze sobą mylić. Rodowód dokumentuje pochodzenie. Badanie DNA może potwierdzić pokrewieństwo albo wykryć określoną mutację. Badanie kliniczne pokazuje aktualny stan zwierzęcia. Badanie obrazowe, takie jak echo serca, może ujawnić problem, którego nie wykluczył test genetyczny.

  Nie istnieje jeden magiczny „pakiet genetyczny”, po którym można napisać, że kot jest wolny od wszystkich chorób. Zakres badań zależy od rasy, linii i problemów, które w niej występują. W przypadku maine coonów mówi się między innymi o HCM, czyli kardiomiopatii przerostowej, SMA, czyli rdzeniowym zaniku mięśni, oraz PKDef, czyli niedoborze kinazy pirogronianowej. Sam test dotyczący znanej mutacji związanej z HCM nie wyklucza jednak wszystkich możliwych przyczyn choroby serca. Dlatego odpowiedzialna profilaktyka obejmuje również regularne badania wykonywane przez kardiologa. Inne rasy mają inne obciążenia i wymagania. Białe koty używane do rozrodu powinny przechodzić badania słuchu. W poszczególnych rasach mogą być potrzebne testy dotyczące nerek, układu nerwowego, krwi, wzroku lub budowy stawów.

Nie pytaj więc wyłącznie: „Czy rodzice są przebadani?”. Tak ogólne pytanie pozwala udzielić równie ogólnej, nic niewartej odpowiedzi.

  Zapytaj, jakie dokładnie badania wykonano. Poproś o wyniki. Sprawdź imię kota, jego numer mikroczipu, datę, laboratorium albo gabinet oraz zgodność danych z rodowodem. Zobacz, czy wynik rzeczywiście dotyczy rodzica twojego przyszłego kociaka. Nie przyjmuj zrzutu ekranu bez danych. Nie daj się zbyć zdaniem: „U nas nigdy niczego nie było”. Brak wiedzy o chorobie nie jest dowodem zdrowia. Czasami oznacza tylko, że nikt nie szukał.

Tego nie zobaczysz na zdjęciu puchatego kociaka

  Pseudohodowla nie zawsze wygląda jak ciemna piwnica. Czasami ma ładny profil, pastelowe grafiki, profesjonalną sesję zdjęciową i setki serduszek pod postami. Kocię można na chwilę położyć na czystym kocu. Można ustawić obok niego zabawkę, zrobić kilkadziesiąt zdjęć i wybrać jedno, na którym oczy nie są jeszcze zaropiałe, sierść wygląda najlepiej, a w tle nie widać reszty pomieszczenia.

Nie widzisz wtedy matki.

  Nie widzisz, że była kryta przy każdej możliwej okazji, czasami nawet trzy razy w roku. Nie widzisz organizmu wyniszczonego ciążami, porodami i karmieniem kolejnych miotów. Nie widzisz zapalenia gruczołów mlekowych, problemów z macicą, niedoborów, bólu ani strachu. Nie widzisz, że kiedy przestanie rodzić wystarczająco liczne albo wystarczająco „ładne” mioty, może po prostu przestać być potrzebna. Nie widzisz kocura zamkniętego samotnie w małym pomieszczeniu, bo znaczy teren. Nie widzisz, że jego kontakt z człowiekiem ogranicza się do podania jedzenia, sprzątnięcia - o ile ktoś w ogóle sprząta - i dopuszczenia do kolejnej kotki. Nie widzisz zwierząt żyjących w permanentnym napięciu, bez przestrzeni, kryjówek, ruchu, zabawy i możliwości odejścia od innych kotów. Nie czujesz odoru moczu. Nie widzisz przepełnionych kuwet. Nie dotykasz sfilcowanej sierści, która ciągnie skórę przy każdym ruchu, powoduje ból, odparzenia i rany. Nie widzisz pasożytów, biegunek, infekcji dróg oddechowych, ropy w uszach ani stanu zapalnego w jamie ustnej. Nie słyszysz kaszlu i nie widzisz kota, który przestał jeść.

Widzisz kociaka. Jednego. Tego przeznaczonego do sprzedaży.

  Regulamin FIFe mówi między innymi, że kociąt nie wolno wydawać do nowych domów przed ukończeniem 14 tygodni i zakończeniem pełnego programu wymaganych szczepień, chyba że lekarz weterynarii zdecyduje inaczej. Kocięta muszą być również zaczipowane, a numer mikroczipu powinien znaleźć się w rodowodzie lub na nim. Regulamin określa także zasady związane z warunkami utrzymania, rozrodem, wadami wrodzonymi i badaniami dotyczącymi określonych ras. Nie są to fanaberie wymyślone po to, żeby podnieść cenę kociaka. Pierwsze tygodnie życia mają ogromne znaczenie dla odporności, zachowania i socjalizacji. Kocię odebrane za wcześnie może ponosić konsekwencje tej decyzji przez całe życie. Kupując z niesprawdzonego źródła, nie wiesz, co finansujesz. Widzisz wyłącznie tę część rzeczywistości, którą sprzedający postanowił ci pokazać.

Szczecin: ile cierpienia trzeba jeszcze zobaczyć?

  Według informacji opublikowanych przez Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami Oddział w Szczecinie inspektorzy próbowali zabezpieczyć 28 kotów rasy maine coon przebywających w mieszkaniu w bloku w pobliżu Lasu Arkońskiego. W interwencji uczestniczyli również policjanci oraz przedstawiciele Powiatowego Inspektoratu Weterynarii. TOZ opisywał zagracone pomieszczenia, tragiczne warunki bytowe, niezwykle silny odór oraz kuwety, w których nie było żwirku albo znajdowała się jego znikoma ilość. Na opublikowanych materiałach można było zobaczyć także krew w kuwecie. Jedno ze zwierząt zmarło podczas transportu do lecznicy. A pozostałe koty zostały na miejscu. 
  Jak relacjonowała organizacja, właścicielka dostała czas na poprawę warunków. Przedstawiciele Powiatowego Inspektoratu Weterynarii mieli natomiast zaznaczyć, że formalna ocena czystości lokalu i panujących w nim warunków mieszkaniowych nie leży w kompetencjach Inspektoratu Weterynarii.

  Przepraszam, ale jak można oceniać dobrostan zwierzęcia bez uwzględnienia miejsca, w którym to zwierzę żyje!? Jak oddzielić stan kota od brudu, odoru, braku czystej kuwety, liczby innych zwierząt i warunków sanitarnych!? Kot nie zawiesza przecież swojego życia na czas kontroli. Nie wychodzi z zagraconego mieszkania, żeby dało się go ocenić w sterylnej próżni. On w tym miejscu śpi, je, oddycha, załatwia się, choruje i próbuje przetrwać. Zdjęcia nie wydają wyroków i nie zastępują postępowania prowadzonego przez właściwe organy. Możemy jednak patrzeć na zdjęcie zakrwawionej kuwety i nazwać to, co widzimy. Możemy przeczytać informację o śmierci kota i zapytać, dlaczego pozostałe zwierzęta nie otrzymały od razu tej samej szansy na dokładne badania i bezpieczne warunki.

  Jak źle musi być? Czy zwierzę musi leżeć nieruchomo na podłodze? Czy musi być skrajnie wychudzone? Czy musi przestać oddychać na oczach służb? Gdzie dokładnie przebiega granica między „jeszcze można poprawić” a „trzeba natychmiast ratować”? I jeżeli po obejrzeniu takich materiałów pierwszą reakcją człowieka nadal jest szukanie usprawiedliwień dla osoby rozmnażającej zwierzęta, a nie troska o same koty, to chyba naprawdę pomyliliśmy priorytety.

Piętnaście kotów znalezionych w lasach pod Wrocławiem

  Od 2 maja 2025 roku w lasach pod Wrocławiem, na trasie od Sadkowa przez Bogdaszowice, Gałów i Samotwór w kierunku wrocławskiego lotniska, znajdowano kolejne długowłose koty. Łącznie było ich piętnaście. Niektóre już nie żyły. Inne znajdowały się w stanie wymagającym natychmiastowej pomocy. Sprawę opisywała Fundacja Stacyjka Maltusia. Wśród znalezionych zwierząt była między innymi kotka w typie selkirk rex. W relacjach i komentarzach pojawiały się określenia dotyczące kotów perskich oraz kotów w typie różnych ras, jednak dostępne informacje nie pozwalają uczciwie stwierdzić, że wszystkie były persami. Wiadomo natomiast, że były to koty długowłose, a ich stan wskazywał na długotrwałe zaniedbania.
  Ich sierść była sfilcowana i zanieczyszczona odchodami. Filc powodował odparzenia. Część zwierząt musiała zostać ogolona. Fundacja walczyła o ich życie i zdrowie, a prokuratura przyjęła zawiadomienie dotyczące możliwego przestępstwa. To właśnie fundacja wskazywała na podejrzenie związku tej sprawy z pseudohodowlą.

  Pomyśl o tym mechanizmie. Dopóki kot rodzi kocięta i można na nim zarabiać, jest potrzebny. Kiedy choruje, przestaje rodzić, wymaga kosztownego leczenia albo po prostu nie ma już na niego kupca, staje się wydatkiem. A człowiek nastawiony wyłącznie na zysk nie chce wydatków. Chce następnego miotu.

Więc zwierzę znika.

  Zostaje podrzucone pod schronisko, wyrzucone przy ruchliwej trasie, wypuszczone w lesie albo zostawione na działkach. Człowiek odjeżdża, a kot, który często całe życie spędził w zamknięciu, ma nagle „poradzić sobie na wolności”. Chory, przestraszony, czasami ogolony, bez umiejętności zdobywania pożywienia i bez wiedzy, gdzie szukać schronienia. To nie jest oddanie kotu wolności. To jest porzucenie go na cierpienie i śmierć.

Piękny profil hodowli, a w zamrażarce kocie zwłoki

  Jeszcze mocniej o tym, jak niewiele znaczy wizerunek w internecie, mówi sprawa opisana przez OTOZ Animals. Hodowla maine coonów była przedstawiana jako certyfikowana, a jej profil na Facebooku wyglądał profesjonalnie. Osoba przeglądająca zdjęcia mogła odnieść wrażenie, że ma do czynienia z normalnym, zadbanym miejscem. Tymczasem po otrzymaniu zgłoszenia inspektorzy schroniska OTOZ Animals w Tczewie pojechali pod wskazany adres razem z policją, przedstawicielami gminy oraz Powiatową Inspekcją Weterynaryjną.
  Na miejscu znaleziono 28 kotów żyjących wśród śmieci, nagromadzonych odchodów i zużytych puszek po karmie. Zwierzęta potrzebowały pomocy. W zamrażarce, pomiędzy przechowywaną żywnością, odkryto kocie zwłoki. Zostały zabezpieczone przez policyjnych techników do dalszych badań. Żywe koty odebrano i przekazano pod opiekę schroniska, gdzie otrzymały pomoc weterynaryjną. Sprawą zajęły się organy ścigania.

Przeczytaj to jeszcze raz: zwłoki kota w zamrażarce pomiędzy jedzeniem. A na zewnątrz certyfikat, piękne zdjęcia i profesjonalnie wyglądający profil.

  Dlatego nie sprawdzaj hodowli poprzez oglądanie jej reklam. Reklama istnieje po to, żeby sprzedać ci określony obraz. Sprawdź organizację, dokumenty, badania i warunki. Jedź na miejsce. Patrz nie tylko na przygotowany pokój z kociętami. Zobacz dorosłe koty. Zobacz ich sierść, oczy, uszy i zachowanie. Poczuj, jaki zapach panuje w mieszkaniu. Zobacz liczbę kuwet, dostęp do wody oraz przestrzeń, w której zwierzęta mogą odpocząć. Ładny profil nie pachnie moczem. Zdjęcie nie pokaże ci, co znajduje się za zamkniętymi drzwiami. Certyfikat nie pogłaszcze kota, nie posprząta kuwety i nie zawiezie chorego zwierzęcia do lekarza.

Kupując jednego kota, robisz miejsce na następny miot

  Wiem, że to zdanie może zaboleć, ale trzeba powiedzieć je wprost: pseudohodowle istnieją dlatego, że ludzie im płacą. Każdy sprzedany kociak oznacza pieniądze i zwolnione miejsce. Jeżeli cały miot znalazł kupców, można ponownie pokryć kotkę. Nie ma znaczenia, czy jej organizm zdążył się zregenerować. Nie ma znaczenia, czy poród był trudny. Nie ma znaczenia, czy poprzednie kocięta chorowały. Jeżeli jedynym celem działalności jest zysk, liczy się to, czy następny miot również uda się sprzedać. Kocięta opuszczające takie miejsca często nie są kastrowane, a umowy - jeżeli w ogóle istnieją - nie zapewniają żadnej realnej kontroli nad ich późniejszym rozmnażaniem. Potem ktoś dochodzi do wniosku, że kotka „powinna mieć jeden miot”. Ktoś chce sobie dorobić. Ktoś uważa, że skoro zapłacił za zwierzę, to ma prawo je rozmnażać. Powstają kolejne kocięta bez odpowiedzialnie dobranych rodziców, bez badań, bez wiarygodnego udokumentowania pochodzenia i bez zagwarantowanych domów.

  Część się sprzeda. Część zostanie rozdana przypadkowym ludziom. Część zachoruje. Część zacznie sprawiać problemy wynikające z braku socjalizacji albo zbyt wczesnego odebrania od matki. Część zostanie porzucona.

I nagle odpowiedzialność znika razem ze sprzedającym.

  Koty trafiają pod bramy schronisk, pod lecznice, na działki, parkingi i pobocza. Ktoś zostawia transporter przed drzwiami fundacji i odjeżdża. Ktoś wypuszcza zwierzę w lesie, ponieważ w swojej głowie nazywa to „oddaniem mu wolności”. Ktoś wystawia ogłoszenie: „Oddam pilnie, bo wyjeżdżam”. A kiedy kot wymaga kosztownego leczenia, telefon sprzedającego przestaje odpowiadać.
  Miejsce w domu tymczasowym nie bierze się z powietrza. Karma nie pojawia się za darmo. Diagnostyka, leczenie i kastracja kosztują. Wolontariusze nie mają dodatkowych godzin w dobie. Każdy kot, który trafia pod opiekę przepełnionej organizacji, zajmuje miejsce potrzebne następnemu zwierzęciu czekającemu na pomoc. Pseudohodowca zatrzymuje pieniądze. Rachunek dostają fundacje, schroniska, darczyńcy i zwykli ludzie, którzy nie potrafią przejść obojętnie obok cierpiącego zwierzęcia. A największy rachunek zawsze płaci kot.

„Kupiłam go, żeby go uratować”

  Rozumiem odruch serca. Widzisz chore, brudne albo przestraszone kocię i chcesz je stamtąd natychmiast zabrać. Myślisz, że skoro zapłacisz, to przynajmniej to jedno będzie bezpieczne. To jedno być może tak. Ale pieniądze, które zostawisz, powiedzą sprzedającemu coś zupełnie innego: ten interes nadal działa. Nawet chorego kociaka da się sprzedać. Nawet brud można wytłumaczyć. Nawet brak badań można przykryć niższą ceną. Trzeba tylko wystawić następny miot.

  Wykupienie jednego kota nie zamyka pseudohodowli. Zwalnia w niej miejsce.

  Nie osądzam człowieka, który raz podjął taką decyzję, nie rozumiejąc całego mechanizmu. Osądzam mechanizm i tych, którzy świadomie na nim zarabiają. Ale kiedy już wiesz, jak to działa, nie możesz dłużej udawać, że twój przelew nie ma znaczenia. Nie płać za zwierzę po to, żeby „wyrwać je z tego miejsca”. Zapisz ogłoszenie. Zrób zrzuty ekranu. Zachowaj korespondencję, numer telefonu, adres, nazwę hodowli i dane podane do wpłaty. Zgłoś sprawę policji, właściwemu Powiatowemu Inspektoratowi Weterynarii oraz organizacji zajmującej się interwencjami. Daj służbom i inspektorom szansę zobaczyć wszystkie zwierzęta, nie tylko to jedno, które zamierzałaś kupić. Bo za drzwiami może zostać matka tego kociaka. I jego rodzeństwo. I kolejne kotki czekające na krycie.

Sprawdź hodowlę, zanim wpłacisz choćby złotówkę

  Nie musisz być genetykiem, prawnikiem ani felinologiem. Musisz tylko nie oddawać odpowiedzialności sprzedającemu. Zapytaj, do jakiego klubu należy hodowla. Następnie sprawdź, do jakiej federacji należy ten klub. Wejdź na oficjalną stronę organizacji znalezioną samodzielnie, a nie wyłącznie przez link wysłany przez hodowcę. Zweryfikuj przydomek hodowlany. Jeżeli nie potrafisz znaleźć informacji, zadzwoń lub napisz bezpośrednio do klubu. Poproś o rodowody obojga rodziców. Sprawdź, czy dane są kompletne i czy numery rejestracyjne można powiązać z właściwą organizacją. Poproś o wyniki badań wymaganych albo zalecanych dla danej rasy. Nie zadowalaj się informacją, że „wszystko jest w porządku”. Zobacz dokumenty i porównaj znajdujące się na nich dane. Jedź do hodowli. Zobacz matkę kociąt. Nie przyjmuj automatycznie tłumaczenia, że akurat nie można jej pokazać, bo jest u weterynarza, bo nie lubi obcych albo mieszka gdzie indziej. Poproś o zobaczenie pozostałych dorosłych zwierząt. Zwróć uwagę na ich stan, zachowanie, oczy, uszy, sierść i sposób poruszania się. Sprawdź, czy mają czystą wodę, wystarczającą liczbę kuwet, miejsca do odpoczynku i przestrzeń pozwalającą uniknąć ciągłego konfliktu. Przeczytaj umowę przed wpłatą zaliczki. Sprawdź, co mówi o stanie zdrowia, dokumentach, kastracji i odpowiedzialności stron. Dowiedz się, czy hodowca przyjmie kota z powrotem albo pomoże znaleźć mu nowy dom, jeżeli za kilka lat wydarzy się coś, co uniemożliwi ci dalszą opiekę. Sprawdź wiek kociaka. W hodowlach działających zgodnie z regulaminem FIFe kocię nie powinno opuścić domu przed ukończeniem 14 tygodni i zakończeniem programu wymaganych szczepień, chyba że lekarz weterynarii podejmie inną decyzję. Kocię powinno być zaczipowane, a numer mikroczipu powinien znajdować się w dokumentacji. Zobacz, czy hodowca zadaje pytania również tobie. Odpowiedzialny człowiek chce wiedzieć, gdzie trafi zwierzę. Pyta o zabezpieczenie okien i balkonu, inne zwierzęta, warunki w domu, żywienie i twoje przygotowanie. Jeżeli jedyne pytanie brzmi: „Gotówka czy przelew?”, potraktuj to jako odpowiedź na znacznie ważniejsze pytanie - co jest dla tego człowieka najważniejsze.

Czerwone flagi, których nie tłumacz przypadkiem

  Wyjątkowo niska cena nie jest dowodem szczęścia. Jest pytaniem o to, na czym oszczędzono.

  Badania kosztują. Dobra opieka weterynaryjna kosztuje. Jakościowe żywienie, szczepienia, mikroczipy, żwirek, wyposażenie i właściwa opieka nad kotką oraz kociętami również kosztują. Jeżeli jedno ogłoszenie oferuje kociaka za ułamek cen spotykanych w kilku hodowlach tej samej rasy należących do uznanych federacji, nie nazywaj tego okazją. Zapytaj, czego nie wykonano i czego ci nie pokazano.

  „Rasowy bez rodowodu” jest sprzecznością. „Rodowód za dopłatą” powinien natychmiast zakończyć rozmowę. W prawidłowo prowadzonym miocie dokument pochodzenia nie jest dodatkiem premium dla osób, które chcą się pochwalić kotem. Nie można mieć jednego miotu, w którym część kociąt ma udokumentowane pochodzenie, a reszta nagle go nie ma, bo kupujący nie zapłacił dodatkowej kwoty.

  Odbiór na parkingu, stacji benzynowej albo przy trasie również nie jest niewinnym gestem. Nie zgadzaj się. Masz zobaczyć miejsce chowu lub hodowli.

  Nie przelewaj pieniędzy, jeżeli sprzedający naciska na natychmiastową zaliczkę, straszy kolejką chętnych i nie daje czasu na sprawdzenie dokumentów. Nie przyjmuj obietnicy, że rodowód zostanie wysłany za kilka miesięcy. Nie ignoruj braku umowy, mikroczipu i szczepień.

  Zachowaj szczególną ostrożność, gdy ta sama osoba stale oferuje kolejne mioty, rozmnaża jednocześnie wiele ras albo zawsze ma dostępne kocięta. Zwróć uwagę, czy na profilu pokazuje dorosłe zwierzęta, seniorki, matki po porodach i codzienne warunki, czy wyłącznie świeżo uczesane maluchy na dekoracyjnym tle.

  Nie przyjmuj wyników badań bez danych pozwalających ustalić, którego kota dotyczą. Nie tłumacz każdej wymówki. Nie wstydź się zadawać pytań. To sprzedający ma wykazać, że działa odpowiedzialnie, a nie ty udowadniać, że masz prawo wiedzieć.

  Masz prawo. I masz obowiązek wobec zwierzęcia, które może spędzić z tobą kilkanaście następnych lat.

Masz dwie uczciwe drogi

  Jeżeli chcesz przyjąć kota do swojego domu, masz dwie uczciwe drogi.

  Adoptuj zwierzę ze schroniska, fundacji, stowarzyszenia albo sprawdzonego domu tymczasowego. Możesz znaleźć cudownego kota, który został porzucony, oddany, uratowany z ulicy albo odebrany z miejsca, w którym cierpiał. Organizacja pomoże dobrać zwierzę do twoich warunków i możliwości, opowie o jego charakterze i stanie zdrowia, a często wesprze cię także po adopcji. Jeżeli zależy ci na określonej rasie, wybierz odpowiedzialną hodowlę działającą pod uznanym systemem. Sprawdź ją. Poczekaj na miot. Zapłać uczciwą cenę za wiedzę, badania, profilaktykę, socjalizację i odpowiedzialność hodowcy. Nie szukaj „prawie takiego samego kota” za jedną trzecią ceny.
  Nie kupuj kota „bez rodowodu, bo przecież będzie tylko do kochania”. Każdy kot jest do kochania. Rodowód nie służy do kochania. Służy do udokumentowania pochodzenia. Badania nie służą do zdobywania medali. Służą ograniczaniu cierpienia kolejnych pokoleń. Twoja miłość nie cofnie źle zaplanowanego skojarzenia. Nie zmieni genów. Nie odda kocięciu tygodni socjalizacji, których zostało pozbawione. Nie naprawi organizmu jego matki. Może pomóc temu jednemu zwierzęciu, ale nie może stać się usprawiedliwieniem dla finansowania człowieka, który już planuje następny miot.

Widzisz krzywdę? Nie przewijaj dalej

 Jeżeli widzisz ogłoszenie, zdjęcia albo nagranie sugerujące, że zwierzęta są chore, zaniedbane, rozmnażane w złych warunkach lub sprzedawane niezgodnie z prawem, nie ograniczaj się do napisania oburzonego komentarza. Zabezpiecz dowody. Zrób zrzuty całego ogłoszenia, nazwy profilu, daty, zdjęć, opisu i danych kontaktowych. Zachowaj korespondencję. Zapisz numer telefonu, adres, nazwę hodowli, numer rachunku podany do zaliczki i wszystkie informacje o miejscu przebywania zwierząt. Nie edytuj materiałów i nie ograniczaj się do samego zdjęcia wyrwanego z kontekstu.

  Jeżeli życie lub zdrowie zwierząt może być bezpośrednio zagrożone, zadzwoń pod numer 112. Zgłoś sprawę policji albo straży miejskiej. Skontaktuj się z Powiatowym Inspektoratem Weterynarii właściwym dla miejsca, w którym przebywają zwierzęta. Znajdź lokalny oddział Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami, OTOZ Animals albo inną organizację prowadzącą interwencje. Szukaj lokalnych fundacji, stowarzyszeń, domów tymczasowych i grup pomocowych. Facebook, Instagram i TikTok mogą pomóc ci szybko dotrzeć do osób działających w konkretnym mieście. Napisz do kilku organizacji, jeżeli pierwsza nie odpowiada. Pamiętaj jednak, że wiadomość w mediach społecznościowych nie zastępuje oficjalnego zgłoszenia. Post może zniknąć, konto może zostać usunięte, a komentarze można skasować. Zadbaj o to, żeby pozostał formalny ślad. Poproś o potwierdzenie przyjęcia zgłoszenia.

  Nie publikuj pochopnie prywatnych danych i nie organizuj samodzielnego wejścia do mieszkania ani siłowego odbierania zwierząt. Możesz w ten sposób narazić siebie, utrudnić późniejsze postępowanie albo ostrzec osobę, która zdąży ukryć koty. Przekaż zabezpieczone informacje ludziom mającym odpowiednie uprawnienia i doświadczenie. Jeżeli jedna instytucja cię odsyła, pytaj dalej. Jeżeli słyszysz, że to nie jej kompetencja, zapytaj, do kogo konkretnie masz się zwrócić. Zapisuj daty rozmów, nazwę jednostki i treść odpowiedzi. Wyślij zgłoszenie także pisemnie. Nie pozwól, żeby krzywda zwierząt zniknęła pomiędzy jednym urzędem a drugim.

  Nie musisz znać całej ustawy. Nie musisz być prawnikiem, lekarzem weterynarii ani inspektorem. Nie musisz przeszukiwać połowy internetu i nie musisz nikomu płacić za sprawdzenie podstawowych informacji. Masz telefon. Masz dostęp do rejestrów. Możesz zadać pytanie. Możesz zrobić zrzut ekranu. Możesz zadzwonić do klubu, federacji, inspektoratu, organizacji albo na policję.

Możesz również nie wykonać tego przelewu.

I czasami właśnie od tego jednego przelewu zaczyna się albo kończy cierpienie następnego miotu.

🧡 Martyna
Kocia behawiorystka
Założycielka CatZone – Strefa Kotów